Jestem jedną z tych mam, których dzieci opuściły OIOM nie jako Aniołki.
Mojemu dziecku lekarze uratowali życie, jednak nie udało się im ocalenie
zdrowia Antosia.
Ja też nad łóżeczkiem Antosia modliłam się, aby przeżył. Obojętnie jaki
będzie, byleby tylko żył.
I można powiedzieć, że udało się, że Antoś i my mieliśmy szczęście.
Dziś juz rzadko wspominam tamte chwile.
Jak pogorszył się nagle jego stan i w nocy chrzciliśmy go, bo lekarka powiedziała,
że do rana to on nie dotrzyma (szkoda, takie ładne dziecko-powiedziała).
Jak codziennie miał robiona punkcję, bo antybiotyk podawano mu prosto do
kanału rdzeniowego.
Jak podawane leki nie mogły wyprowadzić go ze stanu padaczkowego,
Jak w końcu opuścił OIOM, byłam święcie przekonana, że machnęli na niego
juz ręką, że nie warto dalej walczyć i w końcu pielegniarka wyjaśniła mi,
że jego wyniki są o niebo lepsze, że zdrowieje.
Jak po dwóch tygodniach w domu(i tu moje zwycięstwo-udało się wrócić do
karmienia piersią) znów wróciliśmy do szpitala.
I jak znów trafiliśmy na OIOM.
Jak miał nakłuwane ciemiączko, gdy zwalniało serduszko od nadmiernego ciśnienia
w głowie.
Jak czekaliśmy i czekaliśmy na założenie zastawki.
Jak w końcu wróciliśmu do domu na dobre i uczyliśmy się żyć z dzieckiem
specjalnej troski.


Tego rodzicom Aniołków nie jest już dane przeżyć. Ale pewnie jak ja, gdy
modliłam się o przeżycie Antosia nie zdawałam sobie sprawy, co mnie czeka
tak i Rodzice tych najmłodszych dzieci nie podejrzewają co mogłoby być,
gdyby...A co mogłoby boleć bardziej...
Że będę musiała codziennie wiele czasu poświęcać na ćwiczenia z Antkiem.
Że z Antkiem trzeba jeździć do różnych specjalistów, nie zawsze na miejscu.
Że pod wieloma względami nie dogoni nigdy swoich rówieśników.
Że życie całej naszej rodziny zmieni się, że wszystko od wydatków do rozkładu
dnia jest podporządkowane rehabilitacji Antka.
Czy bylibyście gotowi na taki trud? (nie piszę tego, bo chcę, żeby wszyscy
uważali jaka to ja dzielna jestem-tylko, że ja nie byłam tego wszystkiego
świadoma wcześniej)


Ale to nie wszystko.
Bo człowiek dorosły jest w stanie wiele znieść. Ale dziecko...
Żyjemy z zastawką, która może w każdej chwili się zepsuć. Skutek awarii?
Ból głowy głównie. Ból od którego nie mogę uwolnić mojego dziecka. A jest
to podobno ból nie do opisania. Co zrobić gdy dziecko z bólu uderza główką
o szczebelki szpitalnego łóżka, bo środki przeciwbólowe nie działają, gdy
mówi, że już chyba wolałby oszaleć, albo, że się spala(z bólu). Ja do tego
chyba nigdy się nie przyzwyczaję. Antoś to chociaż potrafi powiedzieć,
co mu jest. A co z dziećmi, które swojego bólu nie potrafią nikomu wyjawić,
nie potrafią wyrazić swojego cierpienia.
I jescze jedno. Był taki moment, że zwątpiłam, że warto było walczyć o
Antka, o jego życie, każdy dzień zblizający do normalności.
Kiedyś rozmawiałam
z kimś o tym jak pewnemu dziecku z wodogłowiem jeszcze w życiu płodowym
wykonano zabieg odbarczenia. Antoś wtedy odwrócił się do nas i powiedział:
"Zapewniam was, że będzie tak samo nieszczęśliwe jak ja".
I teraz z biegiem czasu jest coraz trudniej. Narzeka, że ciągle go męczę,
że nie może nabawić się do woli, bo musi ćwiczyć. Chciałby biegać razem
z innymi dziećmi. Mimo, że staram się, aby nie omijały go różne sprawy-póki
sił nam starczy, by np. wnieść go na pagórek, bo on chce zobaczyć, co jest
za górką,
A myślałam, że najgorsze za nami jak opuszczaliśmy szpital z czteromiesięcznym
Antosiem na rękach.
Myślę, że nie nam pytać dlaczego. Nawet jak byśmy poznali odpowiedź, to
za mały nasz rozum, żeby to pojąć. Bóg wie, co robi.
I jeszcze taka myśl, która mnie krzepi w trudnych chwilach.
"W chwilach zaś ciężkich, gdy dróg Bożych pojąć nie mogę, niech wiara we
mnie nie gaśnie."
[GŁÓWNA][ZAPALENIE
OPON][WODOGŁOWIE][ŚWIATEŁKA][ANIOŁKI]