NARODZINY
OCZEKIWANIE
Chcieliśmy mieć dzieci. Nigdy nie myśleliśmy o tym, żeby mieć tylko jedno
dziecko. Nie chciałam też, żeby była duża różnica wieku między rodzeństwem.
Najpierw 29 sierpnia 1995 roku urodzię się Tymoteusz. Gdy Tymek skończył
8 miesięcy i nie chciał już być karmiony piersią, postanowiliśmy zaprosić
następne dziecko. Trzy tygodnie po odstawieniu Tymoteusza od piersi zaczęłam
mieć zawroty głowy, niesmak w ustach, ciągle chciało mi się spać. Z innych
moich obserwacji też wynikało, że Ktoś przyjął nasze zaproszenie. Poszłam
do lekarza, by potwierdzić moje przypuszczenia. Niestety, stwierdził, że
te różne objawy, to na pewno nie ciąża. Wróciłam do domu i pomyślałam,
że z takich wątpliwości często jednak są dzieci. Postanowiłam na siebie
bardziej uważać.
Oczywiście po pewnym czasie lekarz musiał przyznać mi rację. Pod koniec
czerwca musiałam położyć się do łóżka na kilka tygodni. Szczęśliwie złożyło
się, że moja mama rozpoczęła wakacje i mogła zająć się 10-ciomiesięcznym
Tymkiem. Myślałam, że tak jak ze starszym synem przeleżę początek ciąży
i potem wszystko będzie dobrze. Tymczasem Tymoteusz skończył roczek, a
w dwa tygodnie później poszłam do kontroli. Na to, co miało się wydarzyć
nikt nie był przygotowany. Lekarz zbadał mnie i stwierdził, że szyjka macicy
skróciła się i że muszę iść do szpitala na założenie szwu, by ratować ciążę.
Myślałam, że poleżę jakiś tydzień i wyjdę do domu. Tymczasem w trakcie
zabiegu okazało się, że są już widoczne błony płodowe i nie bardzo na co
jest ten szew zakładać. Jakoś jednak udało się to.
Po zabiegu zaczęto przenosić mnie na inną sal?ę zaprotestowałam, że te
kilka dni wytrzymam na dużej sali. Położna nakrzyczała na mnie, że przecież
ja stąd nie wyjdę aż do porodu. W straszny sposób dowiedziałam się o strasznej
rzeczy. Do porodu zostało jeszcze 5 miesięcy! Nie wyobrażałam sobie, że
jest to możliwe. Rodzina poszła do lekarza, ale on potwierdził to. Na wizytach
proszony przeze mnie o przepustkę do domu mówił, że jeśli mi zależy na
dziecku to nie ma mowy, a jeśli nie to niech nie zawracam im głowy. Jak
realne zagrożenie jest dla mojego dziecka wiedziałam, bo inne mamy, które
miały zakładane szwy w tym samym czasie straciły swoje dzieci.
Bardzo tęskniłam za Tymkiem, czasem mnie odwiedzał, ale to nie to samo.
Rozumiałam, że Tymkiem mogą zająć się inni, a tym maluchem mogę tylko ja.
Jednak ciężko było mi pogodzić się z takim losem. Czas płynął, ale nie
tak szybko jak życzyłabym sobie. Codziennie skreślałam jeden dzień w notesie.
Robiłam na drutach kaftaniki, sweterki, skarpetki, czytałam książki, słuchałam
radia. Skończył się wrzesień, październik, listopad, zmieniały się tylko
współtowarzyszki niedoli, rodziły i szły do domu. A co przepłakałam to
moje. Przyszedł grudzień. Nie wyobrażałam sobie świąt Bożego Narodzenia
poza domem. Jak się okazało wcale nie było tak źle. Rodzina zrobiła dyżury,
po kolei odwiedzali mnie, składali życzenia, przynosili prezenty, mamusia
zrobiła nawet dekorację do sali. Nawet Sylwester okazał się całkiem udany.
Gdy wybiła północ i rozpoczął się Nowy Rok 1997 cieszyłam się, że między
dziećmi rocznikami będą już dwa lata różnicy, że już wkrótce wyjdę "na
wolność". Przyszedł rok, w którym miał urodzić się nam drugi syn. Tym razem
płeć dziecka znaliśmy wcześniej (przy Tymku chcieliśmy mieć niespodziankę),
bo chciałam wiedzieć, czy nie muszę zrobić jakiejś sukienki (dla chłopca
wszystko było). Jednak informacja, że jest to chłopiec trochę mnie niepokoiła,
bo przy takim zagrożeniu przedwczesnym porodem, jednak chyba większe szanse
miałaby dziewczynka.
NARODZINY
Gdy skończy się 36 tydzień ciąży miałam mieć odstawione leki rozkurczowe
i wyjść do domu. Dziecko w tym okresie jest już na tyle dojrzałe, że może
przyjść na świat. Jednal pod koniec tego magicznego trzydziestego szóstego
tygodnia w czwartek 9 stycznia po południu odeszły mi wody płodowe. Nie
mogłam już wyjść do domu na przepuskę, ale przynajmniej nie będę musiała
wracać z powrotem do szpitala, by urodzić dziecko.
Przyszedł wieczór i opócz tego, że lało się ze mnie przy każdym ruchu nie
działo się nic. W piątek też nic się nie wydarzyło. W sobotę podano mi
oskytocynę w kroplówce. I nic. Denerwowałam się coraz bardziej. Z dzieckiem
było niby wszystko w porządku, ale w takiej sytuacji nie ma innej możliwości
jak urodzenie dziecka, a ta chwila nie chciała nadejść. Pierwsza ciąża
zakończyła się cesarskim cięciem, bo też nie miałam skurczy. Dla mnie było
już oczywiste, że sytuacja się powtarza. Niestety w szpitalu nikt nie słucha
rodzącej kobiety. W niedzielę też podłączono mi kroplówkę, z takim samym
skutkiem. Dopiero w poniedziałek (piątego dnia odchodzenia wód) lekarze
stwierdzili, że trzeba ciążę zakończyć w jakikolwiek sposób. Znów dostałam
oksytocynę i cały dzień czekałam na cesarskie cięcie. Odwiedził mnie mąż
i zapewnił, że rozmawiał z lekarzem i na pewno dziś doczekam się rozwiązania.
Z tą kroplówką zawieziono mnie na blok operacyjny, nie wiem na co liczyli.
Tak jak przy pierwszym dziecku miało być znieczulenie zewnątrzoponowe.
Niestety nie zadziałało. Lekarz wbija mi skalpel w brzuch, a ja wołam:
"Aua". Lekarz przestraszony odskoczył: "Jak to?" Chwilę zaczekali, by zaczęło
działać, ale tak się nie stało. W końcu w znieczuleniu ogólnym urodzili
mi dziecko. Gdy mnie budzili położna mówiła: "Pani Makowska, ma pani syna.
Syna, tak?" To ostatnie pytanie było do drugiej położnej. Tak więc
13 stycznia 1997 roku urodził się nasz drugi syn Antoni. Gdy wieziono mnie
na oddział położniczy, znajome powiedziały mi, że synek miał ładną wagę.
Rzeczywiście, 3 300g jak na początek 37 tygodnia to całkiem niezły
wynik. Tata Marcin nie zdążył na sam moment narodzin. Na korytarzu minął
go inkubator z naszym synkiem. "Tak myślałem, że to on" powiedział mi,
gdy mnie odwiedził późnym wieczorem. Wpuściła go znajoma, pokazała dziecko.
Podobał mu się. Ja mimo podwójnego znieczulenia nie mogłam spać.
To była najszczęśliwsza noc w moim życiu. Urodził mi się zdrowy synek po
tak długim trudnym oczekiwaniu. Spał sobie gdzieś kilka sal dalej. Rano
ta sama znajoma pielęgniarka przyniosła mi Antosia i pomogła przystawić
do piersi. Chłopak wiedział o co chodzi i wyglądał na zadowolonego. Za
każdym razem, gdy płakał przynoszono mi go do karmienia. Chociaż byłam
po cesarskim cięciu od samego początku mój synek nie musiał dostawać niczego
innego. Wieczorem dobę po porodzie czułam się na tyle dobrze, że przeniesiono
mnie na inną salę już razem z dzieckiem. Antoś dużo spał. W tym czasie
spacerowałam, bo po kilkumiesięcznym leżeniu grożą różne powikłania.
Antoś w porównaniu
z Tymkiem dużo mniej uśmiechał się (choć jest to tylko uśmiech fizjologiczny),
a ja miałam wyrzuty sumienia, że to dlatego, że tyle płakałam w ciąży i
żałowałam, że muszę aż tak poświęcać się, by utrzymać ciążę. Nie podobał
mi się też zielony kolor jego stolców. Lekarki i pielęgniarki zamęczane
przeze mnie pytaniami odpowiadały, że to stolce przejściowe i że mogą mieć
taki kolor. Poza tym Antoś miał lekkż żółtaczkę. Jego stan określono jako
dobry i mogliśmy wracać do taty i Tymka. Wypisano nas do domu na moją prośbę
dzień później niż normalnie po cesarskim cięciu.

W
DOMU
Wróciliśmy do domu i w końcu mogliśmy wszyscy być razem. Tak. Jestem mamą.
Mamą dwóch chłopców.>>>
[GŁÓWNA]