Oczywiście po pewnym czasie lekarz
musiał przyznać mi rację. Pod koniec czerwca musiałam położyć się do łóżka
na kilka tygodni. Szczęśliwie złożyło się, że moja mama rozpoczęła wakacje
i mogła zająć się 10-ciomiesięcznym Tymkiem. Myślałam, że tak jak ze starszym
synem przeleżę początek ciąży i potem wszystko będzie dobrze. Tymczasem
Tymoteusz skończył roczek, a w dwa tygodnie później poszłam do kontroli.
Na to, co miało się wydarzyć nikt nie był przygotowany. Lekarz zbadał mnie
i stwierdził, że szyjka macicy skróciła się i że muszę iść do szpitala
na założenie szwu, by ratować ciążę. Myślałam, że poleżę jakiś tydzień
i wyjdę do domu. Tymczasem w trakcie zabiegu okazało się, że są już widoczne
błony płodowe i nie bardzo na co jest ten szew zakładać. Jakoś jednak udało
się to.
Po zabiegu zaczęto przenosić mnie na inną salę,
zaprotestowałam, że te kilka dni wytrzymam na dużej sali. Położna nakrzyczała
na mnie, że przecież ja stąd nie wyjdę aż do porodu. W straszny sposób
dowiedziałam się o strasznej rzeczy. Do porodu zostało jeszcze 5 miesięcy!
Nie wyobrażałam sobie, że jest to możliwe. Rodzina poszła do lekarza, ale
on potwierdził to. Na wizytach proszony przeze mnie o przepustkę do domu
mówił, że jeśli mi zależy na dziecku to nie ma mowy, a jeśli nie to niech
nie zawracam im głowy. Jak realne zagrożenie jest dla mojego dziecka wiedziałam,
bo inne mamy, które miały zakładane szwy w tym samym czasie straciły swoje
dzieci.
Bardzo tęskniłam za Tymkiem, czasem mnie odwiedzał,
ale to nie to samo. Rozumiałam, że Tymkiem mogą zająć się inni, a tym maluchem
mogę tylko ja. Jednak ciężko było mi pogodzić się z takim losem. Czas płynął,
ale nie tak szybko jak życzyłabym sobie. Codziennie skreślałam jeden dzień
w notesie. Robiłam na drutach kaftaniki, sweterki, skarpetki, czytałam
książki, słuchałam radia. Skończył się wrzesień, pażdziernik, listopad,
zmieniały się tylko współtowarzyszki niedoli, rodziły i szły do domu. A
co przepłakałam to moje. Przyszedł grudzień. Nie wyobrażałam sobie świąt
Bożego Narodzenia poza domem. Jak się okazało wcale nie było tak źle. Rodzina
zrobiła dużury, po kolei odwiedzali mnie, składali życzenia, przynosili
prezenty, mamusia zrobiła nawet dekorację do sali. Nawet Sylwester okazał
się całkiem udany. Gdy wybiła północ i rozpoczął się Nowy Rok 1997 cieszyłam
się, że między dziećmi rocznikami będą już dwa lata różnicy, Ze już wkrótce
wyjdę na wolność. Przyszedł rok, w korym miało urodzić się nam drugiego
syna. Tym razem płeć dziecka znaliśmy wcześniej (przy Tymku chcieliśmy
mieć niespodziankę), bo chciałam wiedzieć, czy nie muszę zrobić jakiejś
sukienki (dla chłopca wszystko było). Jednak informacja, że jest to chłopiec
trochę mnie niepokoiła, bo przy takim zagrożeniu przedwczesnym porodem,
jednak chyba większe szanse miałaby dziewczynka.
Narodziny
Gdy skończy się 36 tydzień ciąży miałam mieć
odstawione leki rozkurczowe i wyjść do domu. Dziecko w tym okresie jest
już na tyle dojrzałe, że może przyjść na świat. Jednal pod koniec tego
magicznego trzydziestego szóstego tygodnia w czwartek 9 stycznia po południu
odeszły mi wody płodowe. Nie mogłam już wyjść do domu na przepuskę, ale
przynajmniej nie będę musiała wracać z powrotem do szpitala, by urodzić
dziecko.
Przyszedł wieczór i opócz tego,że lało się
ze mnie przy każdym ruchu nie działo się nic. W piątek też nic się nie
wydarzyło. W sobotę podano mi oskytocynę w kroplówce. I nic. Denerwowałam
się coraz bardziej. Z dzieckiem było niby wszystko w porządku, ale w takiej
sytuacji nie ma innej możliwości jak urodzenie dziecka, a ta chwila nie
chciała nadejść. Pierwsza ciąża zakończyło się cesarskim cięciem, bo też
nie miałam skurczy. Dla mnie było już oczywiste, że sytuacja się powtarza.
Niestety w szpitalu nikt nie słucha rodzącej kobiety. W niedzielę też podłączono
mi kroplówkę, z takim samym skutkiem. Dopiero w poniedziałek (piątego dnia
odchodzenia wód) lekarze stwierdzili, że trzeba ciążę zakończyć w jakikolwiek
sposób. Znów dostałam oksytocynę i cały dzień czekałam na cesarskie cięcie.
Odwiedził mnie mąż i zapewnił, że rozmawiał z lekarzem i na pewno dziś
doczekam się rozwiązania.
Z tą kroplówką zawieziono mnie na blok operacyjny,
nie wiem na co liczyli. Tak jak przy pierwszym dziecku miało być znieczulenie
zewnątrzoponowe. Niestety nie zadziałało. Lekarz wbija mi skalpel w brzuch,
a ja wołam: Aua. Lekarz przestraszony odskoczył: Jak to? Chwilę zaczekali,
by zaczęło działać, ale tak się nie stało. W końcu w znieczuleniu ogólnym
urodzili mi dziecko. Gdy mnie budzili położna mówiła:Pani Makowska, ma
pani syna. Syna, tak?
To ostatnie pytanie było do drugiej położnej. Tak więc 13 stycznia
1997 roku urodził się nasz drugi syn Antoni. Gdy wieziono mnie na oddział
położniczy, znajone powiedziały mi, że synek miał ładną wagę. Rzeczywiście,
3 300g jak na początek 37 tygodnia to całkiem niezły wynik. Tata
Marcin nie zdążył na sam moment narodzin. Na korytarzu minął go inkubator
z naszym synkiem. Tak myślałem, że to on powiedział mi, gdy mnie odwiedził
późnym wieczorem. Wpuściła go znajoma, pokazała dziecko. Podobał mu się.
Ja mimo podwójnego znieczulenia nie mogłam spać.
To była najszczęśliwsza noc w moim życiu. Urodził
mi się zdrowy synek po tak długim trudnym oczekiwaniu. Spał sobie gdzieś
kilka sal dalej. Rano ta sama znajoma pielęgniarka przyniosła mi Antosia
i pomogła przystawić do piersi. Chłopak wiedział o co chodzi i wyglądał
na zadowolonego. Za każdym razem, gdy płakał przynoszono mi go do karmienia.
Chociaż byłam po cesarskim cięciu od samego początku mój synek nie musiał
dostawać niczego innego. Wieczorem dobę po porodzie czułam się na tyle
dobrze, że przeniesiono mnie na inną salę już razem z dzieckiem. Antoś
dużo spał. W tym czasie spacerowałam, bo po kilkumiesięcznym leżeniu grożą
różne powikłania. Antoś w porównaniu z Tymkiem dużo mniej uśmiechał się
(choć jest to tylko uśmiech fizjologiczny), a ja miałam wyrzuty sumienia,
że to dlatego, że tyle płakałam w ciąży i żałowałam, że muszę aż tak poświęcać
się, by utrzymać ciążę. Nie podobał mi się też zielony kolor jego stolców.
Lekarki i pielęgniarki zamęczane przeze mnie pytaniami odpowiadały, że
to stolce przejściowe i że mogą mieć taki kolor. Poza tym Antoś miał lekką
żółtaczkę. Jego stan określono jako dobry i mogliśmy wracać do taty i Tymka.
Wypisano nas do domu na moją prośbę dzień później niż normalnie po cesarskim
cięciu.
W domu
Wróciliśmy do domu i w końcu mogliśmy wszyscy
być razem.